Czym są Trumienki?

Trumienki dla małych dziewczynek to zbiór opowieści, który wbija gwóźdź.

Bohaterowie Trumienek to ludzie żyjący współcześnie, kierujący się określonymi wizjami świata, które często różnią się od rzeczywistości, jaką wyznaje otoczenie.

Niczym bracia z Leśmianowskiego wiersza Dziewczyna, kują młotem swój los, wierząc, że za murem spotkają się z wymarzoną Dziewczyną, którą każdy z nich utożsamia z czymś innym. Dla Doroty Porządnej jest to społeczna akceptacja, dla Kejt miłość idealna, dla Piotra Schrödingera jest to poszukiwanie, co zabiło kota.

Próbują także znaleźć odpowiedzi na pytania, czy warto walić młotem w mur, podążać za swoimi pragnieniami, nawet jeśli dla innych wydają się one złudne, a także gdzie leży prawda i czy jako ludzie naprawdę chcemy i koniecznie musimy ją poznać.

Fragmenty

– Czy chcesz poznać prawdę? – odczytał teatralnym szeptem Piotr, a potem zgniótł trzymaną w rękach ulotkę wciśniętą mu kilka dni wcześniej przez świadków Jehowy. – Co za bzdury.

Godzina była późna, a na zewnątrz od czasu do czasu dało się słyszeć przejeżdżające drogą samochody i nic więcej. Cisza niemalże idealna. Piotr siedział przy swoim biurku ze skupioną miną; zapalona lampka ledowa świeciła prosto na stos teczek leżących przed nim.

Mężczyzna czytał akta ostatniej sprawy, którą zajmował się od trzech dni. Wszystko wyglądało tak jak zawsze. Tajemnicza śmierć na drodze, sekcja zwłok nie wykazuje żadnych prawdopodobnych przyczyn zgonu, brak śladów, odcisków palców czy łap, by wytropić mordercę lub określić jakąkolwiek inną przyczynę zgonu denata. Śmierć jaka jest, każdy widzi.

Która to już nierozwiązana sprawa? Miał całe teczki wypchane papierami o podobnej treści, dotyczące zagadek równie nierozwiązywalnych jak ta. Ale Piotr mimo to nie miał zamiaru się poddawać. Od siedemnastu lat się nie poddawał. Był przekonany, że wszystkie te śmierci – oprócz zbliżonych okoliczności tragedii i miejsca – łączy coś jeszcze, coś, czego na pierwszy rzut oka nie widać, ale jeśli człowiek odpowiednio podrąży, spojrzy na wszystko pod odpowiednim kątem i połączy ze sobą fakty, rozwiązanie samo do niego przyjdzie i okaże się tak logiczne, jak tylko mogłoby być. Po prostu Piotr jeszcze na to rozwiązanie nie wpadł, ale kiedyś na pewno uda mu się to zrobić, bądź co bądź jest policjantem, a został nim właśnie dlatego, żeby odkryć, co tak naprawdę kryje się za tymi wszystkimi śmierciami.

Przejrzał kolejny raz akta sprawy, chwilę podumał, czy aby czegoś nie przeoczył, a potem walnął się otwartą dłonią w czoło i podszedł do szafy w poszukiwaniu teczki z inną sprawą, mrucząc, że jest durniem. Czy faktycznie nim był?

Fragment mikropowieści “Paradoks Schrödingera”

· · ·

– Dzień dobry pani – burknął mężczyzna, prawdopodobnie już po pięćdziesiątce, gdyż jego twarz była lekko obwisła i pomarszczona, ale miała jeszcze w sobie resztki świeżości. Podałam mu rękę, niefortunnie, bo przez próg, a potem przeszliśmy do mojego pokoju.

Rozejrzałam się po nim i cicho przeklęłam. Nie odznaczał się nienaganną czystością, a ja głupia wpuściłam do niego doktora, żeby pomyślał, że jestem brudną świntuchą. Co za kompromitacja. Cieszyłam się, że nie było przy tym mojej matki, ona to już z pewnością dostałaby zawału, widząc, co się stało. Dając mi wskazówki, pewnie zapomniała powiedzieć, żebym posprzątała, zanim przyjdzie lekarz… Gorączka gorączką, ale po jego wizycie będę musiała zająć się tym bałaganem, żeby matka go nie odkryła po powrocie z pracy.

Doktor nakazał mi podwinąć bluzkę od piżamy (dobrze, że chociaż piżamę miałam świeżo upraną), wyjął z teczki stetoskop i zaczął mnie osłuchiwać. Z teczki wyjął również termometr i wsadził mi go do ust, a sam, mrucząc pod nosem, zapisywał coś w mojej karcie pacjenta.

Termometr tym razem wskazywał trzydzieści dziewięć stopni gorączki.

– Pani Porządna, pani organizm jest porządnie osłabiony. Jaki wysiłek pani podejmowała?

– Wysiłek? Praktycznie żaden. Od miesiąca sporadycznie ćwiczę.

– Yhym. Jednak przez ten miesiąc musiała robić pani coś innego.

– Chodziłam do pracy i tyle. Nawet nie imprezowałam ani nic podobnego.

– Rozumiem.

Bum. Szum. Łubudubu. Doktor odwrócił głowę, a ja poczułam, że najchętniej walnęłabym pięścią w białą ścianę mojego pokoju. Bowiem z szafy z łoskotem wytoczył się mój kochanek.

– O. Dzień dobry – rzekł zaspanym głosem do doktora, podniósłszy się z podłogi, a następnie otworzył szeroko usta i głośno ziewnął, stając się przy tym słabą karykaturą ryczącego lwa. – Dorota jest chora?

Lekarzowi o mało gały nie wyszły z orbit. Pewnie pomyślał, czy nie zadzwonić do wariatkowa po dwa białe kaftany: dla mnie i dla mojego kochanka. Biel jest teraz w modzie, biel to taki szczęśliwy kolor.

– Owszem. Ma typowe symptomy grypy.

– O, ja przecież też jestem chory. Może pan doktor i mnie przy okazji wyleczy.

– A co panu dolega?

Myślałam, że zaraz zapadnę się pod ziemię… Mój kochanek postanowił pokazać lekarzowi swoje dolegliwości. W tym celu zdjął ciemnozielone spodenki, w których spał, a potem odsłonił jeden pośladek. Był on owłosiony prawie jak u małpy i pokryty jasnoczerwonymi plamami. Ten osobliwy widok sprawił, że zrobiło mi się jeszcze bardziej niedobrze niż dotychczas. Lekarzowi jednak nawet nie drgnęła powieka. Założył białe gumowe rękawiczki i opuszkami palców ostrożnie wodził po pośladku mojego kochanka, który wzdrygał się pod wpływem zimnego dotyku.

– Hm, to ciekawe. Wydaje mi się, że ma pan wysypkę pieluszkową. Taką mają niemowlaki. Jest pan dorosły, ale cóż… tak też się zdarza. Wystarczy posypać talkiem i posmarować odpowiednią maścią, a w parę dni stan pańskiej skóry wróci do normy. Dopiszę panu lekarstwa do recepty pani Porządnej.

– Wielkie dzięki – odparł mój kochanek, zakładając z powrotem spodenki. – A ja już się bałem, że mam raka odbytu. Wie pan doktor, człowiek naczyta się tych bzdur w Internecie i od razu zaczyna mieć myśli o przemijaniu, i zastanawia się, czy nie warto na wszelki wypadek zaklepać sobie miejsca na cmentarzu…

Lekarz się roześmiał.

– Internet to pożyteczna sprawa, ale trzeba korzystać z niego z rozmysłem. Strony zdrowotne również trzeba weryfikować, zupełnie jak te z wiadomościami, dlatego nawet dzisiaj najrozsądniej jest zasięgnąć opinii lekarza.

– Co racja, to racja – odrzekł mój kochanek. – No, to ja pójdę coś zjeść – dodał, klepiąc się po brzuchu, i poczłapał do kuchni.

– Pani Porządna, powinna pani odpoczywać i pić dużo płynów – zwrócił się do mnie doktor, a potem wręczył mi receptę i zwolnienie na dwa tygodnie, a także wziął pieniądze za wizytę. Wychodząc, z szerokim uśmiechem życzył zdrowia mnie i mojemu kochankowi.

Zawinęłam się w naleśnik i w takiej pozycji trwałam, dopóki ten wstrętny intruz nie wrócił ze śniadania. Wtedy to zdjęłam poduszkę z głowy, żeby móc mówić.

– Co ci odbiło? Widziałeś, jak on na nas patrzył? Jakbyśmy byli wariatami. Dawno nie najadłam się tyle wstydu – zaatakowałam go, gdy tylko wszedł do mojego pokoju.

– Przesadzasz. Pan doktor to pozytywny gościu. I ma poczucie humoru. Większość lekarzy, z którymi miałem do czynienia, to formularzowi sztywniacy.

– Może i na takiego się zgrywał, ale swoje sobie pomyślał. Widziałeś jego minę, jak wytoczyłeś się z szafy?

– Facet się wystraszył hałasu. To normalna ludzka reakcja.

– Grrr… Nic nie rozumiesz.

– Najwidoczniej nie.

Fragment mikropowieści “Mezalians albo panna (już nie)młoda”

· · ·

Każda klasa ma swojego kujona, naszym był Bolesław, wiecznie przechwalający się swoimi wynikami w pracy doradca hipoteczny, który uwielbiał być w centrum uwagi. Teraz też nie mógł znieść, że wszyscy ze skupieniem w oczach wpatrują się w jakiegoś starszego pana zajadającego się karmelkami.

– Kiedy zacznie się zwiedzanie? – zapytał Bolesław, potrząsając ramieniem przewodnika, za którym siedział, żeby ten odwrócił się w jego stronę.

– Przecież zwiedzacie – odparł przewodnik, nie oglądając się nawet za siebie.

– To jest ta pana firma? Projektor i kilka krzeseł? Nawet nie wiemy, jak się nazywa. Niech pan nam nie mówi, że specjalnie nas tutaj ściągnął, żebyśmy wymyślili panu nazwę firmy i na dodatek przygotowali całą strategię biznesową, i dopiero po tym wszystkim nas pan wypuści. Praca za darmo! O zgrozo, w co my żeśmy się wpakowali!

– Ha, ha. Jakbym chciał popatrzeć na szczury, poszedłbym do sklepu zoologicznego, a nie sprowadzał je z nie wiadomo skąd. Zakład, do którego trafiliście, nazywa się dream machine® – powiedział przewodnik i spojrzał na swoją dłoń, w której nie ostał się ani jeden karmelek. Westchnął zawiedziony i wytarł ją o spodnie.

– A dlaczego właśnie dream machine®? – drążył Bolesław.

– Bo tak – odpowiedział przewodnik, wyszedł z rzędu krzesełek i zaczął się rozciągać.

– Jest pan przewodnikiem, a nie wie, skąd wzięła się nazwa firmy, w której pan pracuje? Gdzie jest kierownik? Chcę pomówić z kierownikiem!

– Mógłbym powiedzieć, że dream machine®, ponieważ logo napisane małymi literami wygląda hipstersko, tajemniczo i wyróżnia się wśród konkurencji. Ale po co? Kogo to interesuje? To w zasadzie nieważne, równie dobrze firma mogłaby się nazywać Krzak i robilibyśmy w niej dokładnie to samo co teraz.

– Herezje, istne herezje. Jest pan reprezentantem swojej firmy, etykietką, marka dream machine® zależy od takich ludzi jak pan. Jeżeli nie szanujesz swojej firmy, to kto za ciebie to zrobi? Jak przyciągniecie potencjalnych klientów? Nazwa firmy ma pokazywać strategię, odzwierciedlać gust grupy osób, do której chcecie państwo dotrzeć, a także pokazywać na wstępie, czego można się po was spodziewać. A tu? Co to ma być? Nie mamy nic! Nic a nic! Ja, słysząc tę nazwę, nie potrafię sobie nic wyobrazić, ani nie kojarzy mi się ona z niczym przyjemnym, ani nie chciałbym wrócić dzięki niej do czasów dzieciństwa.

– Trudno się dziwić, raczej nie masz pan czegoś takiego jak wyobraźnia, skoro chodzisz do szkoły w wieku jakichś trzydziestu kilku lat… Nie potrzebujemy przyciągać żadnych klientów. Jesteśmy jedyną tego typu firmą na świecie i nigdy nie naganialiśmy klienta jak jakiejś krowy do ogrodzenia.

– A co zrobicie, kiedy ktoś postanowi zrobić wam konkurencję?

– Ze względu na nietypowy charakter naszej firmy to raczej nie nastąpi.

– Patrzcie tylko, jaki pewny siebie. Niejedna firma tak myślała, a potem przyszło kilku spryciarzy i zapędzili ją w kozi róg, tak że musiała zgodzić się na dyktowane przez nich warunki.

– Nie interesują nas zyski. Cieszymy się, że ludzie korzystają z naszych usług i zmieniają dzięki temu swoje życie.

– To może chociaż jakieś cele? Błagam, powiedźcie, że macie jakieś cele. Żeby tak nieodpowiedzialni ludzie zarządzali firmą… Zaraz dostanę zawału.

– Ja też, ja też. – Usłyszałem z dala ciche pomruki.

– Naszym celem jest popularyzacja dream machine® na terenie całej Polski, a później ekspansja na Europę i Amerykę Południową.

– Co z Ameryką Północną? Co z Azją?

– To dość trudne do opanowania rynki. Ludzie są przyzwyczajeni do takich maszyn jak dream machine®. Mogą uznać ją za automat z jedzeniem albo grę, a ona nie jest ani jednym, ani drugim. Musimy dopracować nasz pomysł w tej kwestii. W Polsce mamy swoje punkty na Podkarpaciu, na trzech stacjach benzynowych, i jeden w Warszawie na ulicy Domaniewskiej. Z tego, co mi wiadomo, dream machine® na Domaniewskiej zdążyło się już zepsuć z powodu nadmiernego eksploatowania. Wysłaliśmy tam swoich przedstawicieli, by sprawdzili, jak duże są szkody i czy można sprzęt naprawić, czy trzeba podstawić nowy egzemplarz. Koszty naprawienia takiej maszyny to nieobliczalny wydatek. Spowodowane jest to specyficznym materiałem, jakiego używamy do produkcji. Trzeba zaznaczyć, że materiał ten jest nie tylko specyficzny, lecz także ze względu na swoją unikalność powoduje, że każdy egzemplarz dream machine® jest jedyny w swoim rodzaju. Nie ma dwóch jednakowych dream machine®, wszystkie czymś się od siebie różnią, choćby kolorem poszczególnych części. W najbliższym czasie planujemy wysłać kolejne dream machine® na ulicę Konstruktorską oraz jeden dream machine® pod ulicę Wiejską.

– Myślicie, że coś wam to da? – wtrącił się Michał, z zawodu księgowy, czyli ktoś niczym się specjalnie niewyróżniający.

– Trudno powiedzieć, zawsze warto próbować.

Fragment opowiadania “dream machine®”

· · ·

Opowiem Wam dzisiaj obrzydliwą historię. Wcale nie przesadzam, za chwilę usłyszycie naprawdę obrzydliwą historię, przepełnioną wieloma okropnościami, niewyrywającą z fotela i, o zgrozo, z bohaterem, z którym nikt z Was nie chciałby się utożsamić. (Czy to jest jeszcze literatura piękna?) To wszystko opowiedziane Wam będzie bez cenzury ani żadnej ściemy, w audycji tej bowiem nie ulokowano żadnego produktu, nikt jej również nie sponsorował, nie miała ona żadnego dofinansowania ze środków unijnych, a jej autor nigdy nie miał szansy skorzystać z państwowych dotacji na rzecz pisarzy. Autor tej historii, czyli ja, w zasadzie nie uznaje się za pisarza. Chciałem Wam jedynie, moi drodzy Czytelnicy, ją opowiedzieć, chociaż, jak wcześniej wspomniałem, jest ona obrzydliwa, co oznacza, że ludzie o pewnym rodzaju wrażliwości mogą poczuć się nią dotknięci albo wręcz zniesmaczeni. Jeżeli więc należycie do tych śmiałków, którzy mimo przestróg, pragną poznać tę historię, rozsiądźcie się proszę wygodnie w fotelach… i posłuchajcie:

Zapewne większość z Was czytała opowieść Franza Kafki pod tytułem Przemiana albo chociaż o niej słyszała. Jej główny bohater, Gregor Samsa budzi się pewnego dnia i odkrywa przerażający fakt, jakim jest przemiana w obrzydliwego robala, a jego perypetie stanowią dalszą treść opowiadania. Wierzcie lub nie, lecz mnie przydarzyło się (jeśli można w tym wypadku użyć tego czasownika) coś podobnego, bowiem ja zostałem Karaluchem. Nie wiedziałem wtedy, że istnieje ktoś taki jak Gregor i jak potoczyły się jego losy. Z historią Gregora zapoznałem się dopiero, gdy było już po wszystkim, mimo to nie daje mi ona spokoju. Co takiego zdarzyło się w życiu Gregora Samsy, że poddał się przemianie? I dlaczego moje życie w jakimś stopniu krzyżuje się z jego?

Moja przemiana zaczęła się zupełnie tak samo jak w kafkowskim opowiadaniu: pewnego dnia obudziłem się w swoim łóżku w swoim domu. Nic mi się nie śniło, po prostu gdy zadzwonił elektroniczny budzik, otworzyłem oczy, przetarłem je rękoma, ześliznąłem się z kołdry i stwierdziłem w myślach: „Jestem Karaluchem!”.

Zamiast rąk miałem teraz odnóża górne, które drżały, gdy zakładałem spodnie i dresową bluzę. Drżały również, gdy miałem zamiar zjeść śniadanie, ale kiedy tylko z trudem przełknąłem pierwszy gryz kanapki, zrozumiałem, że to nie będzie dobry pomysł – pod postacią Karalucha mdliło mnie od zwykłego, ludzkiego jedzenia, dlatego moje śniadanie tego dnia składało się jedynie z gorzkiej herbaty. Pomyślałem, że w najbliższym czasie będę musiał dowiedzieć się, co lubią jeść Karaluchy, na razie jednak zamknąłem mieszkanie i udałem się do Laboratorium.

Fragment opowieści “Sekretne życie Karalucha”


Spis opowieści

Trumienki dla małych dziewczynek · Mezalians albo panna (już nie)młoda · Czarodziejka z Księżyca · Paradoks Schrödingera · Zawieszenie · dream machine® · Lakt-oza · Konstelacja · Sekretne życie Karalucha · NUMBersi. Dramatyczna opowieść

Magdalena Krasnodębska

Mam 24 lata, jestem studentką filologii polskiej na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie i autorką Trumienek dla małych dziewczynek.

Moje życie ciągle kieruje mnie w stronę literatury - najpierw do liceum o profilu humanistycznym, potem na studia filologii polskiej, gdzie nieustannie mogę obcować z innymi pisarzami i ich historiami, a teraz pokierowało mnie w stronę napisania Trumienek. Książka zawiera trzy mikropowieści, pięć opowiadań oraz dramat i jest moim debiutem. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu!

Jak otrzymać Trumienki?

Książka czeka na oficjalną premierę.

A już teraz możesz poznać klimat opowiadań, wybierając autorskie produkty z nimi związane – wszystkie pieniądze ze sprzedaży przeznaczymy na wydanie książki i zwiększenie jej dostępności na rynku, tak, aby każdy mógł nabyć Trumienki w najbardziej wygodny dla siebie sposób :)

Jeśli masz pytania albo chcesz przyczynić się do wydania książki, pisz na adres Wydawnictwa Konstelacje.


WBIJ GWÓŹDŹ DO TRUMNY
na wspieraj.trumienki.pl